O dwóch takich, co ukradli księżyc

Rozdział pierwszy
w którym ujrzymy miasto rodzinne Jacka i Placka

Pięć mil dalej, niźli kiedykolwiek doleciał najodważniejszy wróbel, wśród czterech drzew, nad bystrym potokiem, w którym nigdy nie było wody, stało stare bardzo miasto, sięgające odwiecznych czasów. Musiało ono być stare, bo na dachach domów wyrosły srebrnozielone brody mchów, a wieża kościoła była bardzo pochylona na lewą stronę; jedni mówili, że z tej strony wisiał większy dzwon i swoim ciężarem ją przechylił, inni natomiast przypisywali to sędziwej starości. Miasteczko to nazywało się Zapiecek. Jest to nazwa skromna, bo skromni w tym mieście mieszkali ludzie, dobrzy i poczciwi. Chwalili Pana Boga i wiedli pracowity żywot. Nikt o nich nigdy nie słyszał ani nikt się o nich nie troszczył, nikt z tego miasta nigdy nie wywędrował ani nikt do niego nie przyjeżdżał, bo nie było po co. Do słynnego Pacanowa, które z tego jest na świecie sławne, że w nim kują kozy, przyjeżdżali najwięksi panowie, a król, daleko we wspaniałej stolicy mieszkający, raz na rok zapytywał:
— A co tam słychać w Pacanowie?
Kiedy mu odpowiadano,

Przeczytaj "O dwóch takich, co ukradli księżyc" »

Król Azis

Niezmiernie był znużony król Azis, kiedy się o północy zwlókł z łoża, usnąć nie mogąc.
Nie wiedział, czy to niepokój gorącej, żarem drgającej nocy krew w nim burzy, czy też wspomnienie zabawy przedwieczornej sen z oczu mu spędza. Kiedy słońce stanęło nad cyprysowym gajem, którego szczyty znaczyły kres dnia, wtedy odetchnęła ziemia, jakby się z jej piersi stoczyła ciężka słoneczna kula i wtedy wszystko ogarnęła dobra, łaskawa cisza, niepokój kojąca. W takiej chwili nie uczyni krzywdy jedno stworzenie drugiemu, a zbrodniarz ukryje lękliwie w zanadrzu nóż, którego dobędzie nocą. A oto król Azis, ujrzawszy w taką smutną, przedziwnie cichą chwilę dumne łabędzie, płynące jak białe łodzie po sadzawce, ujętej w marmurowe kolisko, zapragnął usłyszeć śpiew konających ptaków. Kazał przynieść łuk, strzałę, zdobną w tęczę piór, na cięciwie położył i czekał, aż się ptaki wspaniałe piersią zwrócą ku niemu. Siedm łabędzi płynęło do jego stóp. Nagle się rzucił ten, który płynął pierwszy, wyciągnął szyję, uderzył obciętemi skrzydłami o wodę i bluznął krwią. Król Azis na łuku się

Przeczytaj "Król Azis" »

Dziewięć kochanek kawalera Dorna

Dziewięć kochanek kawalera Dorna


Ktokolwiek będzie czytał tę historię tak żałosną, że mnie, który ją spisał, przez noc jedną zbielały włosy, niech wie, że kawaler Dorn nie jest dlatego nazwany kawalerem, iż miał kiedykolwiek do czynienia z końmi i ze szpadą. Kawaler Dorn nigdy w życiu swoim nieszczęsnym nie siedział na koniu, nigdy też nie władał szpadą. Kawaler Dorn jest dlatego i po prostu nazwany kawalerem, że nie miał nigdy żony.
Usłyszawszy o tym, mógłby rzec niejeden: „jeżeli kawaler Dorn nigdy nie miał żony, dlaczego tedy życie jego nazwane zostało nieszczęsnym, a historia jego żałosną?” Ha! Wyborną mam dla takiego odpowiedź, tę mianowicie, że chociaż małżeństwo może być zaliczone do największych klęsk świata, jednak nie jest ono klęską jedyną, bo oto okaże się, że już samo dążenie do małżeństwa może sprowadzić na człowieka nieszczęścia tak bardzo przeraźliwe, że niemal samemu małżeństwu równe. Widać z tego, że mądra natura chce uchronić człowieka przed tym, co mu nieuchronną grozi zgubą, więc go doświadcza i ostrzega, piętrzy przeszkody przed ślepą jego namiętnością i daje mu znaki gwałtowne, aby się zatrzymał nad przepaścią. Głupstwo ludzkie jest jednak silniejsze od natury, która nie ma dość mocy i potęgi, aby wstrzymać człowieka przed rozpętaniem w sobie namiętności. Jeśli się na przykład człowiek postanowił upić, co mnie i naturę zawsze żywą napełnia boleścią, cóż może przeciwko temu uczynić najstraszliwsza potęga natury? Nic! Rozpęta ona żywioły, będzie bila piorunami na prawo i lewo, zatrzęsie ziemią, góry zrówna z dolinami, zmieni łożyska rzek, każe oceanom pochłonąć lądy, a

Przeczytaj "Dziewięć kochanek kawalera Dorna" »

Bezgrzeszne lata

Rozmowa z zegarem o bezgrzesznych latach

Czy też pamiętasz, stary mój zegarze,
Jak w słońce twojej tarczy patrzył żak
I marzył o tym, o czym ja dziś marzę?
Pamiętasz jeszcze?
O, tak, o tak, o tak!

Ode dnia do dnia, od chwili do chwili
Żyliśmy życiu mądremu na wspak,
Godziny marły, a myśmy liczyli
Szczęścia na wieczność...
O, tak, o tak, o tak!

A czy pamiętasz, filozofie stary,
Jakeś fałszywy mi wybijał znak
I wszystkie wokół budziłeś zegara
Gdym pisał wiersze?
O, tak, o tak, o tak!

A czy pamiętasz, jak mnie rozpacz dzika
Zdjęła, gdy stary wziął cię Izaak,
Gdyś hebrajskiego uczył się języka.
By mnie nakarmić?
O, tak, o tak, o tak!

Lub ową chwilę gdzieś na czwartym piętrze,
Gdym gorejący, jak ognisty krzak,
Przysięgał z mocą uczucia najświętsze,
Klnąc się na księżyc?
O, tak, o tak, o tak!

Lub tę, gdyś starym swym zgrzytnął żelazem,
Słusznego swego gniewu dając znak?
O, jakże smutno płakaliśmy razem,
Gdy nas zdradziła!...
O, tak, o tak, o tak!

O, jak to dawno, Sokratesie stary!
Złamanym skrzydłem tłucze ślepy ptak...
Serca się psują, psują się zegary,
Wszystko umiera.!...
O, tak, o tak, o tak!

Ale raz jeszcze przypomnijmy wzloty,
Wracajmy myślą na gwiaździsty szlak!
Cofnij wskazówki i lećmy w wiek złoty.
Niech żyje młodość!
O, tak, o tak, o tak!
Rozdział pierwszy
Dziecinne argumenty słonecznego promienia.

W chwili kiedy się pochyliłem nad biała kartą papieru i zanim jej dotknąłem piórem, padła na nią smuga słońca. Jak rozigrane złote dziecko, co ma roześmiane oczy, przeszkadza człowiekowi

Przeczytaj "Bezgrzeszne lata" »

Awantury arabskie

Ósma podróż żeglarza Sindbada

Następnego dnia zebrali się znowu przyjaciele w domu bogatego Sindbada (oni i ów poganiacz osłów, który mu zazdrościł skarbów), dziwiąc się niepomiernie, czemu ich zaprosił na ucztę po raz ósmy, wszystko im już o swoich cudnych opowiedziawszy podróżach. Wydłużyły im się twarze, gdyż zamyślili się głęboko, wzdychając od czasu do czasu, co bystrości ducha wielce pomaga, świeżym go bowiem rzeźwi powietrzem.
Tak ich zastał wspaniały żeglarz Sindbad, od którego nie było sławniejszych nie tylko w Bagdadzie, lecz we wszystkich ziemiach zamieszkanych przez wiernych.
Skłonił im się poważnie, polem wonną pogładziwszy brodę w te odezwał się słowa:
- Myślałby kto, przyjaciele moi, kto by spojrzał w tej chwili na wasze twarze, że z przyrodzenia tępego jesteście umysłu, jak parszywe muły, które łatwo można kupić przed domem Hassana; ja zaś wiem, że to tylko zdziwienie maluje się na waszych twarzach i że rozjaśnicie wasze zmarszczone czoła, dowiedziawszy się, jaką w tym miałem przyczynę, aby was po raz ósmy zaprosić na ucztę, chociaż mięso baranie bardzo podrożało, a kosz daktylów kosztuje bodajże więcej, niźli są warte wszystkie szmaragdy w skarbie Kalifa. Siadajcie tedy i jedzcie, każdy wedle sił, a nawet ponad siły, aby nikt nie powiedział, że żeglarz Sindbad, wielkie zebrawszy majątki, żałował przyjaciołom swoim baraniego mięsa i obfitości czosnku. Potem wam powiem, nie nudząc was zbytnio, dostojni przyjaciele i ulubieńcy Proroka, o co rzecz idzie.
To rzekłszy klasnął w ręce, a niewolnicy, jakby spod ziemi wychodzący, zaczęli znosić na złotych i srebrnych półmiskach dymiące potrawy.
Zadrgały wszystkim nozdrza, każdy bowiem - dzień swój na pracowitym spędziwszy szachrajstwie: ten przy ważeniu korzeni na wadze, do paralitycznego podobnej człowieka, ów przy krajaniu sukna, tak

Przeczytaj "Awantury arabskie" »
  • «
  • <
  • Strona 2 z 2