Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

zemdlał. Podniósł się wprawdzie, lecz nie mógł uczynić kroku, jak gdyby pod jego nogami rozwarła się przepaść. Mówiono później, że wyszeptał straszne słowa: “Raz kozie śmierć!” — ale to nie jest pewne. Pewne jest natomiast, że wobec jego złamanej i zgruchotanej postawy Kaczanowski wyglądał jak bohater.
— Czy mam na ciebie trąbić? — zawołał znowu zdumiony profesor.
Wesołe przypuszczenie, że zacny profesor wzywać będzie na egzamin głosem archanielskiej trąby, nikogo jednak nie rozweseliło. Nikt nigdy nie oglądał wesołej siódmej klasy w takiej topieli mroku i smętku.
Ostrowicki zbliżał się ku katedrze krokiem idącego na ścięcie. Przechodząc kiwał głową na dwie strony, jak gdyby się żegnał na wieki z kolegami, z dobrymi mołojcami. “Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży...” — jak Podkomorzy w “Panu Tadeuszu”. Gdyby w klasie siódmej zasiadały damy, porównanie byłoby zgoła znakomite: był tam natomiast jeden “starzec” bardzo zdumiony, i “młodzież” z takim na obliczach wyrazem, który nauka ścisła nazywa “zbaraniałym”.
— Ratuj, kto w Boga wierzy! — szepnął nieszczęśnik pierwszym ławkom.
Pierwsze ławki jednakże nagła rozpacz pozbawiła czucia. Serca w nich struchlały.
— Ostrowicki, miły chłopcze — mówił łagodnie profesor Gąsowski. — Spotkała mnie dzisiaj wielka przykrość... Bardzo wielka przykrość... Co tobie jest, czemu się chwiejesz?
— Słabo mi, panie profesorze... — jęknął młodzian.
— Ha! — zdumiał się profesor. — Słabo ci? Ale odpowiadać będziesz?
— Nie mogę, proszę pana profesora...
— Dlaczego? Połóż rękę na sercu i powiedz dlaczego?
— Bo nie jestem przygotowany... Nie umiem... Nie spodziewałem się...
— I ty? I ty, Brutusie? — krzyknął staruszek. — Czy wyście dzisiaj poszaleli?
— Nie, panie


Strony: