Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

znaczy...
Chciał cofnąć te słowa, ale nie mógł już schwytać ich w locie.
— To musi być pomyłka! — dodał już z rozpaczą.
Pan profesor Gąsowski spojrzał na niego z niewymownym zdumieniem.
— Proszę wyjść w tej chwili z ławki!
— Dobrze, panie profesorze — rzekł Kaczanowski z goryczą. — Ale z tego i tak nic nie będzie.
Po klasie przebiegł zatrwożony szmer, jakby wicher poruszył śpiące sitowie. Skazaniec zbliżył się do katedry i stał, zamieniony w słup soli, znękany, pobity, nieszczęsny, zdziwiony, rozżalony, pobladły, gotowy na śmierć. Klasa zaczęła dawać mu dziwaczne znaki, zachęcać go szeptami, ruchami rąk i mruganiem oczów. Siedzący w pierwszej ławce dobry kolega Cisowski “krzyknął” zduszonym szeptem brzuchomówcy:
— Zawróć do Napoleona!
Była to rada dobra. Można było czasem, omijając zbyt trudne zawiłości, śmiałym przeskokiem w stronę Cesarza ocalić straconą pozycję. Należało rozprawiając o edykcie nantejskim rzec ni z tego, ni z owego: “Napoleon byłby z tego wybrnął” — “Tak myślisz? — wtrącał wtedy pan profesor. — A jak?” Dalej szło już gładko, a czas mijał. W tej chwili jednak zbawienna rada nie warta była funta kłaków. W zacnym profesorze obudziła się niezwykła czujność. Zawsze zdumione jego oczy były jeszcze więcej zdumione. Patrzył długo na zbuntowanego młodzieńca i dziwnie kręcił głową.
— Co znaczą twoje słowa, że “z tego dzisiaj nic nie będzie?” — zapytał ponuro.
— Bo ja nie jestem przygotowany — rzekł Kaczanowski z determinacją.
— Nie może być! — zakrzyknął pan profesor. — To niesłychane... Nic nie umiesz?
— Nic, panie profesorze...
— Uczciwie się przyznajesz?
— Najuczciwiej.
— Dlaczego? Bardzo proszę... Dlaczego?
— Bo ja...
— Przestań! — krzyknął brzuchomówca z


Strony: