Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

nieprawdopodobna, tragiczna pomyłka. Przecie mógł zapomnieć wpisać jakiś większy wydatek.
— Istniałby rachunek. Rachunki przejrzane?
— Wszystkie... I wszystkie wpisane... Kolego złoty, niech go kolega ratuje! Nie idzie o pieniądze, bo ci, którzy mu ufają, zbiorą je i wydobędą choćby spod ziemi, ale o jego dobrą sławę. Biedaczysko kochane! Kolega nie ma pojęcia, jak ten chłopiec cierpi i co się z nim dzieje! Wygląda jak trup i zalewa się łzami.
— To naprawdę wielkie nieszczęście — mówił Adam trąc czoło.
— Ale cóż ja mogę poradzić, skoro tylu was sprawdzało?
— My nie wiemy jak, ale to wiemy, że kolega poradzi. Kolego drogi. — Adasiu! Ratuj człowieka! Nas tutaj po ostatni ratunek wysłała wprawdzie klasa, ale bylibyśmy przyszli sami, bo go kochamy... To nasz przyjaciel, dobry, wierny, a taki nieszczęśliwy przyjaciel.
Jeden z posłów przemawiał żarem słów, a drugi miał łzy w oczach.
Adam słuchał wzruszony.
Sprawa jest mętna i trudna do rozwikłania. I on wierzy temu nieznanemu chłopcu, lecz jak go wyratuje? Może zawodowy księgowiec wykryłby błąd bez trudu. To będzie jedyne wyjście! Struchlał jednak dowiedziawszy się, że ojciec jednego z kolegów, urzędnik bankowy, sprawdzał rachunki... Więc—i to zawiodło? Biedny chłopiec!
— Wobec tego i ja nic nie poradzę — mówił smutno. — Bardzo, bardzo mi żal.
Posłowie porwali się z krzeseł i poczęli błagać. Zaklinali go na dobroć serca i szlachetność duszy, polewając słowa łzami, aby zakwitły jak kwiaty.
— Kto on taki? — zapytał Adam.
— Syn wdowy, biednej krawcowej... Byliśmy dzisiaj u niego. Matka nie wie, co się z nim dzieje, i widząc jego zgryzotę też się gryzie. Serce się kraje.
Adam myślał przez chwilę, niemal że boleśnie.
— Spróbuję! — rzekł wreszcie. — Nie obiecuję oczywiście niczego... To wam


Strony: