Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

opadające w wiśniowym sadzie, przyziemne istoty ludzkie przestały mleć otręby. Skoro tylko zamilkła poezja, zagotowała się ukropem zwyczajna wrzawa pauzy. Z gwaru trzydziestu splątanych głosów wytryskał czasem huczny śmiech jak jaskrawy kwiat spośród zielska. Dzisiaj jednak działo się coś niezwykłego, gdyż w ostatnich ławkach ucichł z nagła gwar jakby zalękły, a tylko dwa podniesione głosy “skakały sobie do oczów”.
Adam obejrzał się, zaciekawiony, bo chociaż gwałtowne rozprawy odbywały się często i “temperamenty grały” przy lada sposobności, jednakże kłótliwe głosy nie szczękały o siebie jako krwi spragnione miecze. Awantura w okolicy ostatnich ławek musiała być wcale groźna, gdyż padały słowa szybkie, czerwone od gniewu, nastroszone i gotowe do bitwy. “Dobry rycerz” Jasiński, zwykle cichy i łagodny, stał naprzeciwko równie “dobrego rycerza” Żelskiego i bił w niego słowem, rozpalonym do białości:
— Nikt inny, tylko ty!
— Kłamiesz! Na oczy nie widziałem!
— Wczoraj jeszcze było! Mówię ci: oddaj, bo ci łeb rozwalę!
— Głupi jesteś! — wrzasnął dobry rycerz Żelski. — A jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, poleci kilka zębów!
Ponieważ rozwalenie łba i wyrywanie kilku zębów byłoby widowiskiem gorszącym, nie mówiąc już o tym, że obopólna operacja mogłaby bezpowrotnie zniszczyć wybitną urodę dwóch miłych młodzianków, klasa usiłowała lać oliwę na wzburzone morze rozgorzałych namiętności. Zaczęto ich uspokajać i przemawiać łagodnie do gotujących się jak lawa rozumów. Na wspaniale rozumy padł jednakże czerwony tuman. Gdyby w pobliżu znajdował się dynamit, szkoła byłaby niechybnie wyleciała w powietrze, tyle iskier padało z oczów dwóch rozsrożonych mężów. Nie zważając na prośby i zaklęcia poczęli ciskać w siebie wyrazy ciężkie jak kamienie. Jeszcze chwila, a zwada przypomni grube


Strony: