Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

jedno! masz uczciwą twarz — weź moją kartkę. Nie czytaj. Trzymaj w ręku zwiniętą... Tak, dobrze. Panowie, zaczyna się przedstawienie!
Cała klasa siedziała zmartwiała w oczekiwaniu.
— Panie Cisowski! — zawołał staruszek uroczyście. — Kto ma być pytany dzisiaj według twego proroctwa, ty fałszywy proroku?
— Kaczanowski, Ostrowicki i Wnuk — odrzekł chłopiec głośno.
Staruszek skoczył jak oparzony.
— Przeczytaj kartkę pana profesora — dodał Cisowski.
Kolega dzierżący dokument profesorski odczytał wśród straszliwej ciszy:
— Kaczanowski — Ostrowicki — Wnuk.
Ogromny kamień stoczył się z hukiem z trzydziestokrotnego serca łajdackiej klasy siódmej.
Staruszek był tak zdumiony, jak gdyby był świadkiem czarnoksięstwa. Patrzył na Cisowskiego z wyraźnym strachem. Powolnym ruchem wziął z katedry kartkę Cisowskiego i stwierdził, że jak trzy byki, sterczą na niej owe trzy nazwiska. Spojrzał na klasę: klasa miała na gębach uśmiech od ucha do ucha. Jedni od lewego ku prawemu, inni od prawego ku lewemu. Spojrzał na Cisowskiego: ten się uśmiechał, ale nieznacznie, jak gdyby wcale nie chełpił się zdumiewającym zwycięstwem. Znać było jednak, że jest szczęśliwy.
— Pan profesor się nie gniewa? — zapytał bardzo ciepłym głosem.
— Człowieku! — wybuchnął staruszek. — To jest zdumiewające!
— Bynajmniej, panie profesorze. Trzeba było tylko pomyśleć...
— Ale przecie i ja myślałem!
— Cała sztuka w tym, że i pan profesor, i ja wymyśliliśmy to samo. Jestem z tego dumny.
— Ale ja nie jestem dumny, piekielny chłopcze. Ja myślałem przez dwa dni.
— Niech mi pan profesor przebaczy, ale ja tylko przez jeden dzień, i to tylko po południu, bo rano byłem w szkole.
— Powiedz mi natychmiast, jak to wymyśliłeś? Odkryj swoje czartowskie sposoby!
— Bardzo


Strony: