Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

bardzo wstrząśnięty.
— Nie wiem — odrzekł Cisowski cicho. — Namyślę się... Może byłem głupi, że się ważyłem na to wszystko. Jeśli mi się nie uda, ubłagam staruszka, aby tylko mnie wylał na łeb i szyję. Wy nie jesteście winni. O jedno tylko proszę: na sobotę ma być przygotowany każdy bez wyjątku. Niech tłucze łbem o ścianę, ale umieć musi. Skończyły się dobre czasy... I tak musi być do końca roku. Będzie tak?
— Będzie! Będzie!
— Teraz na miejsca. Szekspir powiada: “Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi”. Matematyka jest już za drzwiami.
Minęła godzina cyframi najeżona jak madejowe łoże kolcami minęły inne godziny, smażące się w upale. Minął czwartek i piątek przez nieszczęsne ryby oczekiwany z rozpaczą, aż nadeszła wedle powszechnej umowy kalendarzowej groźna sobota, dzień sądu, dies irae pana profesora i calamitatis Cisowskiego.
Cisowski był bardzo skupiony i milczący. Cała klasa siódma była na odmianę milcząca i skupiona. Wszedł raźnym krokiem pan profesor Gąsowski, skupiony i milczący. Zdawało się, że cały świat jest w tym samym nastroju. Jeśli na gwiazdach mieszkają jakieś myślące istoty, musiały — też skupione i myślące — patrzeć przez teleskopy na pogrążoną w odmęcie zwątpienia klasę siódmą.
“...I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało”. Jak w “Panu Tadeuszu”. Staruszek patrzył na klasę, klasa patrzyła na staruszka. Nagle ozwał się głos Cisowskiego. Zdawało się, że słowa jego tak zabrzęczały, jakby ktoś nagle rozbił szybę, a rozpryśnięta cisza rozleciała się w tysiąc kawałków.
— Panie profesorze, chciałbym coś powiedzieć...
— Cofasz się? — zawołał z nie tajoną radością pan Gąsowski.
— Nie. Chciałbym tylko najserdeczniej prosić pana profesora, aby w razie mego


Strony: