Szatan z siódmej klasy

Autor: Kornel Makuszyński

ręką mądre czoło i rzekł groźnie:
— Stało się! Ufność moja została ugodzona w samo serce... Trudno... Ale, moi mili kawalerowie, skończyły się dobre czasy.
Cała klasa westchnęła boleśnie na znak, że podziela to zdanie, choć jej to sprawia wiele bólu.
— Już nikt nie będzie wiedział, co go czeka. Zrozumiano?
Podobny do jęku szmer klasy oznajmił pokornie, że zrozumiano.
— Nie będziecie wiedzieli ani dnia, ani godziny. Chytrość za chytrość... Uprzedzam, że będę bez litości.
Klasa siódma opuściła głowy albo kiepskie ich imitacje na znak, że nie może się spodziewać przebaczenia. Ten i ów uśmiechał się jednak nieznacznie, nie dowierzając katowskim zapowiedziom. Chmurny, ciężki, burzliwy nastrój przemijał powoli, ani bowiem pan profesor nie umiał długo ważyć w dłoni piorunów, ani też trzydziestu matołów nie umiało zbyt długo trwać w przygnębieniu.
Pan profesor Gąsowski wysunąwszy wskazujący palec i mierząc nim w oko Cisowskiego, jak gdyby na nie dybał i w ten sposób miał rozpocząć czarną serię zapowiedzianych męczarni, mówił z urąganiem:
— Już ci się nie uda, potworny chłopcze, ocyganić mnie po raz drugi. Przypadek wydał mnie w twoje ręce, a moje ręce mogą cię zmiażdżyć. Już ci się nie uda! “Ostrzeżony — uzbrojony”. Rozumiesz? Twój cały spryt nie jest wart funta kłaków, bo na sposoby są sposoby.
— Na niego nie ma, panie profesorze! — zawołał ktoś z głębi “sceny”.
— Tak myślisz? — mówił pan Gąsowski drwiąco, nie raczywszy nawet spojrzeć na bezczelnego śmiałka. — Taki on jest chytry? Ejże? Zje diabła, jeśli zdoła odgadnąć to, co ja teraz na was wymyślę. Czy pan słyszy, panie Cisowski? Zje pan diabła z buraczkami!
— Gdyby pan profesor pozwolił spróbować... — bąknął Cisowski nieśmiało.
Staruszek cofnął morderczo wysunięty palec,


Strony: