Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

roztropne; blask pochodni krwawej w nich zapalał iskierki. Wielka z tej twarzy biła powaga, jako i z całej postaci, przyobleczonej w strój cudzoziemski, czarny i bogaty. Biodra miał przepasane rzemieniem, z którego zwisała torba, jakiej używają podróżni, kryjąc w niej złoto i drogie kamienie. Bogaty sztylet z rubinem na głowni miał u boku, a na obuwiu srebrne sprzączki.
Nieznajomy patrzył jakby drapieżnym wzrokiem w jasne oczy chłopca, jak gdyby chciał przez nie zajrzeć mu w samą głąb serca. Wreszcie zelżało to spojrzenie, czarny pan drgnął i rzekł:
- Usiądźmy, bo wiele mamy do mówienia.
Chłopiec usiadł bez lęku, choć serce się w nim tłukło. Nie rzekł ani słowa, czekając, co mu powie ten człowiek żałobny. Ten zaś milczał długo, jak gdyby ważył coś w duszy. Patrzył już łagodniej, jak gdyby pożar w przepaści oczów zagasił. Wreszcie mówić począł:
- Przybyłem tu z daleka, część drogi odbywszy na wichrze, jak na ścigłym koniu, część na ogonie komety, co gwiazdy strącała po drodze. Mijałem ziemie rozległe, bezdenne morza i łańcuchy gór. Czy wiesz, dlaczego to uczyniłem?
Nie


Strony: