Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

osadzona, żywym ogniem buchała pochodnia, siejąc dokoła blask krwisty, coraz to przygasający i znowu gorętszy i szeroko rozlany. W tej poświacie jakby żywi wydawali się dwaj z kamienia wykuci giganci, co na ramionach osmalonych dawno zgasłymi ogniami, sękatych jak konary dębu, dźwigali spiczasty okap ogromnego komina. W czterech rogach sali stały cztery zbroje taki dające z siebie pozór, jak gdyby to czterej zadumani stali rycerze, w zbrojach swych na wieki przez jakieś zaklęcie zamknięci. Ile razy blask pochodni zamigotał na ich żelazach, zdawać by się mogło, że niedawno z bitewnego powrócili pola i jeszcze są umazani krwią.
Chłopiec patrzył w zdumieniu wielkim, nie rozumiejąc, jak się to stać mogło, że nigdy do tych nie dotarł lochów?
Czarny nieznajomy odwrócił się w tej chwili i wpatrzył się w niego wzrokiem przenikliwym i bacznym. Janek ujrzał twarz nad podziw bladą, jak gdyby nigdy nie było w niej jednej kropli krwi; jeszcze bledsza się wydawała wobec włosów połyskliwie czarnych, co w pierścieniach się wijąc, spadały aż na ramiona obcego człowieka. Oczy jarzyły mu się, jak węgle, przenikliwe i nad wyraz


Strony: