Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

ciągu. Tak, to był ktoś przyjazny… Nie był to ów człowiek nieszczęśliwy, którego uwolniłem z pokuty, bo dałby mi się poznać. I głos miał inny… Nie, nie, to nie był on, lecz ktoś, co o tamtym wiedział… Jeśli żyje w tych podziemiach sto tysięcy lat, może wiedzieć, co się stało przed kilku laty… Cóż mi doradza? Abym się nie dał pognębić trwodze i abym się żadnej nie uląkł męczarni. O, ojcze mój! Jeśli ci to może wzrok przywrócić, głosu z siebie nie wydam i zamrę cicho, błogosławiąc ciebie…
Glos kazał mu czekać, więc Janek czekał.
Czasem, przysiadłszy na zwalonym kamieniu, trwał tak w bezruchu przez długie godziny i patrzył w siną dalekość, jak gdyby stamtąd miał ktoś przyjść i powiedzieć mu, co się ma przydarzyć. Nikt jednak nie nadchodził. Z ludzkiego osiedla zjawiali się czasem ludzie, przynosili żywność, współczucie i rady najrozmaitsze. Wielkie nieszczęście Witalisa wielką wśród owych prostaczków wywołało żałość. Wiele od niego zaznali dobroci, więc teraz nawiedzali go często, smutnym ogarniali spojrzeniem, a potem szeptali z Jankiem na osobności.
Mówił jeden


Strony: