Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

nakazał spokój, a duszy kazał uderzyć czołem przed wyrokiem Boskim. Jak dawniej, tak i teraz miał uśmiech na twarzy, lecz jakiś inny, pomieszany odblaskiem cierpienia i z pokornym poddaniem się jego mocy. Wspaniałą czynił postać, jakoby święty, co na męczeństwo ogniste zdąża z uśmiechnioną radością.
Janek, patrząc na niego, chciał płakać na los i krzyczeć, i wołać wielkim głosem nie wiadomo kogo na ratunek. Wydało mu się to jakąś krzywdą straszliwą, że tak cierpi człowiek najlepszy na świecie. Po jego młodej głowie latały myśli, jak ogniste ptaki; co czynić? dokąd pójść po pomoc? Gdyby mógł, byłby sobie samemu oczy wyłupił i oddałby je temu starcowi potężnemu.
- Na co mi oczy? - rozmyślał w gorączce - czy po to, abym patrzył na jego nieszczęście? Och, ojcze, ojcze! Bogdajbym ja oślepnął, byłeś ty widział. Tobie te oczy są tak potrzebne. Już miałeś ujrzeć to, na co czekałeś pół wieku. O, Boże! Ześlij jakiś ratunek! Naucz mnie, co mi należy czynić, aby zdobyć światłość dla tych oczów jego zamarłych. Jeśli życia mojego na to potrzeba, oddam życie z radością!
Tak się


Strony: