Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

wybuchnął płaczem i wił się z wielkiego bólu u jego nóg. Witalis położył drżącą rękę na jego głowie i powiedział ze słodyczą:
- Nie mam już oczu… Bóg mi je dał. Bóg wziął, niech będzie imię Jego pochwalone.
Tej nocy padały gwiazdy rojem niezmiernym, jak gdyby niebo płakało złotymi łzami nad okropnym nieszczęściem tego, który je tak bardzo ukochał.
Witalis siedział długo w noc milczący, i czasem tylko podnosił ręce do oczu, jak gdyby chciał otworzyć drzwi światłu, albo jak gdyby chciał usunąć z nich mrok. Janek zaś, łkając cichutko, czekał z niepokojem poranka. Tulił w duszy nadzieję, że może potężne światło słoneczne, brylantowymi promieniami uderzywszy zmartwiałe oczy, do jasnego powróci je życia.
Ani słońce jednakże nie dokazało tego cudu. Witalis był ślepy wieczną ślepotą. Reszta jego życia miała być mroczną męką i boleścią bez nadziei. Zalany słońcem świat zmienił się w pieczarę, nalaną ciemnością, w której mieszkają tylko głosy. Mędrzec nie pokazał po sobie tej rozpaczy, co z nagła go objęła żrącym i palącym płomieniem, wzniosłemu swojemu sercu


Strony: