Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

że były ponad pojęcie piękne, i dlatego, że on, ojciec jego, miłował je wielkim sercem. Nie chcąc mącić jego zadumy o rzeczach boskich i wieczystych, które wśród gwiazd mają mieszkanie, oddech nawet ściszył i nie ważył się słowem jednym spłoszyć tej ciszy niebieskiej; wydało mu się, że gdyby odezwał się w tej chwili, słowo jego byłoby jak nóż, co ciszę wieczorną w piersi uderza. Patrzył na Witalisa i widział, że rękę powoli wznosi, kładzie ją na oczach, po czym ruch ten wielokroć powtarza.
- Stracona to noc, mój synu - rzekł wreszcie ze smutkiem.
- Czemu, ojcze? - spytał chłopiec cicho.
- Czyż nie widzisz? - rzekł mędrzec. - Wieczór wydawał się pogodny, a teraz mrok jest na niebiosach nieprzenikniony. Wiatr musiał ciężkie przygnać chmury z nad morza… Ciemność jest straszliwa… Nie ujrzymy już dzisiaj gwiazd, mój synu.
- Jezusie, Mario! - szepnął chłopiec.
Bladość wielka wygnała wszystką krew z jego twarzy. Czuł, że się w nim serce zaczęło tłuc niespokojnie. Głosem drżącym, słowami, które były też blade i bez krwi, drżące i zdławione, rzekł:
- Ojcze


Strony: