Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

swoje oczy i że może kiedyś paść na nie mrok nieprzebity. Patrzył z niepokojem, jak czasem wielki starzec zakrywał je dłonią, jak gdyby chciał zasłonić przed blaskiem. Dreszcz nagłej trwogi wstrząsał wtedy Witalisem, a chłopiec rozumiał drapieżność tej trwogi, co chciała , pazurami wydrzeć te oczy, pełne mądrości i uśmiechu. Czasem mędrzec, uzbierawszy ziół rozmaitych, wyciskał z nich soki, potem płócienko nimi zwilżywszy, kładł je na powieki i tak trwał przez długie godziny, milczący i śmiertelnie smutny.
- Jak się czujesz, drogi ojcze? - pytał go każdego poranka.
-- Jeszcze widzę! - odpowiadał mędrzec z jasnym uśmiechem.
Wiem, co mi należy uczynić - mówił Janek. - Wybiorę się w podróż daleką do owych mędrców, o których mi opowiadałeś, że znają leki na wszelkie choroby. Choćbym miał wędrować na koniec świata, przyniosę ci owe cudowne maści i oczy twoje ozdrowieją.
- Na nic to wszystko, synu mój - rzekł mu Witalis. - Oczy moje me są chore, lecz gasną już, bo zbyt długo patrzyły. Dopalają się tak, jak lampa oliwna albo tak, jak dzień gaśnie o wieczornej zorzy. Cud chyba


Strony: