Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

dobrotliwego mędrca i kilka pokaźnych tobołów, sztywno stawiając spracowane nogi, potężnie u nasady kopyt kosmate.
Pan jego patrzył jasnym spojrzeniem w zasnutą cieniami dalekość wieczoru, rumak zaś utkwił nieruchomy wzrok w ziemię, śmiertelnie obojętny na wszystko, co się działo dookoła. Takie sprawiał wrażenie, że albo głęboko o czymś rozmyśla, albo też, że on sam dawno już zdechł, a teraz drogą stąpa jego upiór, wypłowiały koński duch z wyłysiałym od nadmiernych zmartwień ogonem.
W pewnej chwili, kiedy się ku nim zbliżył ciemny las - nie można bowiem powiedzieć, że ten melancholijny bachmat zdołał się zbliżyć ku lasowi - człowiek ze srebrnymi włosami i ze słodyczą w twarzy podniósł wzrok ku gwiazdom i rzekł cichym, dobrotliwym głosem:
- Późno już, luby mój Huraganie, czy nie mógłbyś się pośpieszyć?
Wspaniałym, a tak burzliwie lotnym imieniem nazwany, rumak przyjął tę uwagę bez drgnienia, z niezmąconym spokojem, jak gdyby nie chciał przerywać swoich tajemnych rozmyślań. Uśmiechnął: się tedy jego pan, przywykły widać do zwyczajów swojego czworonoga i rozpoczął


Strony: