Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

badylem i szczapami drzewa, rozmyślał o najrozmaitszych rzeczach albo patrzył w mrok, usiłując dojrzeć, czy się w nim co nie czai?
Wiatr płakał rozpaczliwie, usiłując przez komin dostać się do kominka, aby ogrzać zgrabiałe swoje palce. Na dworze opętana zawierucha zmagała się z drzewami, co postękując od bolesnej udręki, wyciągały ku ciemnemu niebu czarne ramiona, jakby błagając niewidzialne słońce o zmiłowanie. Straszno było i mroczno; ogarek świecy jak drżąca iskierka chwiał się niespokojnie. Dokoła w ruinach tańczyła po wyszczerbionych murach i wśród zapadłych sklepień śnieżysta wichura.
Wiatr skomlił:
- O ja nieszczęsny! o ja nieszczęsny!
A drzewa:
- Ratunku! ratunku! ratunku!
Janek leżał na posłaniu z otwartymi oczyma i nasłuchiwał tych płaczów i narzekań. Już mędrzec usnął, a on, litując się tej udręce i tym |rozpaczom, nie mógł zasnąć.
Wtem słuch natężył, bo najwyraźniej doszedł go głos ludzki; nie mógł sobie zdać sprawy, skąd ten głos pochodzi, bo raz mu się zdawało, że z kadłuba wieży, drugi raz, że ze sklepionego brzucha podziemi. Czasem


Strony: