Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

okien patrzył na szeroki świat, na dalekie widnokręgi i na siedziby ludzkie, które jak ptasie gniazda uwili jacyś biedni ludzie ha stoku wzgórza.
Nie wszystko jednak było ruiną; w południowej strome oparła się przemocy czasu i złościom wichrów okrągła wieża wyniosła i wsparta fundamentami o skałę, a w niej kilka sklepionych komnat, pełnych wielkiej ciszy i miękkiego mroku. Była to siedziba owego starego człowieka, który w tej chwili ostrożnie zsuwał się z grzbietu Huragana, jak kruchy, lecz bezcenny skarb opasując ramieniem znalezioną sierotkę. Huragan dyszał ciężko i niemal jęczał ze straszliwego wysiłku, blaskiem spłowiałych oczów okazując jedynie dumę swojego czynu. Być może, że się zdumiewał równocześnie, jak to się stać mogło, że jeszcze żyje, wedle bowiem ludzkiej i końskiej rachuby powinien po takim wysiłku leżeć bez ducha, chwalebnie pracowity zakończywszy żywot. A jeśli i to miłego nie pozbawiło go żywota, zdumiał się wkrótce po raz drugi, że nie wyzionął tego bohaterskiego ducha pod naporem niezmiernej radości: oto jego szlachetny i całym końskim sercem umiłowany pan, tuląc dziecko do


Strony: