Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

potężnie i porywająco. Zerwały się z drzew przerażone ptaki, a dziki zwierz umykał w oszalałym popłochu. Pan jego jednakże zakrzyknął:
- Huraganie, koniu, po trzykroć obłąkany, czy pragniesz, aby niewinne dziecko umarło z przestrachu?
Nie z treści, lecz z dźwięku słów poznało poczciwe konisko, że coś stało się nie tak, jak trzeba.
- Zdaje mi się - pomyślał z goryczą - że gdyby mnie nazwano osłem, nie mógłbym się obrazić…
Toteż z niemałą furią przebył resztę drogi i przez kamienną bramę, rozwaloną przez straszliwego i nielitościwego olbrzyma, nazwanego Czasem, wpadł na kamienny podwórzec zielskiem zarosły. Dokoła sterczały mury, osmagane wiatrami i opłakane przez niepoliczone deszcze, pokąsane przez dzikie, złe i nienasycone burze i poszczerbione przez pioruny. Były to smętne ruiny groźnego kiedyś zamku, z którego żywe serce wyrwała jakaś wojna, a duszę z niego wygnała jakaś nawałnica. Opuszczony, stał teraz, wieńcząc wierzch wzgórza szkieletami murów i wystawiając na światło słońca czerwone rany w pokruszonych cegłach, jakby je słońcem chciał wyleczyć. Przez oczodoły


Strony: