Przyjaciel wesołego diabła

Autor: Kornel Makuszyński

nieznacznej różnicy pomiędzy powolnym ruchem dziarskiego bachmata a jego całkowitą nieruchomością; gdyby jednak jeździec nie był patrzył w niebo, lecz na boki, byłby przecież mógł dojrzeć, że drzewa i krzaki stanęły nieruchomo, dotąd zaś z mizernym trudem usuwały się w tył, co było niezbitym dowodem, że koń posuwa się naprzód. Szlachetny jeździec musiał zapewne wyczytać w gwiazdach, że jego bachmat dopuścił się złamania panującej w końskim rodzie dyscypliny i przystanął w środku drogi, więc powróciwszy na ziemię z niebieskich rozłogów z niesłychanym zawołał zdumieniem:
- Coś uczynił, Huraganie?
Straszliwy Huragan stał bez ruchu i bez odpowiedzi, zamieniony w ciszę, jak gdyby z jego imienia ktoś wszystkie wypuścił wichry.
Mędrzec zaniepokoił się.
- Czy cię, miły koniku, dotknęły moje niewinne zniewagi? - mówił dobrotliwie - czy może cp ci dolega? Ach, a może jesteś zbyt umęczony? Jeśli tak, zejdę z twego grzbietu i pójdę piechotą, bo do domu i tak już niedaleko.
Huragan żadnego z siebie nie wydał głosu w tej zapewne myśli, że jeśli przystanął w drodze, w takim


Strony: