Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

ostatnimi czasy patrzył nieprzyzwoicie zachłannie. Ponieważ mi się nie zwierzał, nie chciałem o nic pytać, aby nie włazić w jego miłosne tajemnice; wiedziałem jednakże doskonale, że ten cały jęczący koncert teraz w nocy jest po to, aby mi się mógł zwierzyć, bo pewnie potrzebował jakiejś rady. Postanowiłem jednakże milczeć, chcąc go zmusić, aby zagadał po ludzku, a nie jęczał, jak podrzutek pod bramą. Pojęczał tak z pół’ godziny, tak że się zacząłem obawiać przejścia do ryku, któryby był zbudził całą kamienicę, znudziło mu się to jednakże wkońcu, bo parę razy ulżył sobie dość. głośnym okrzykiem na temat: „Psie życie!” albo wypowiedzeniem kilku odwiecznych, głębokich prawd w tym rodzaju: „Raz kozie śmierć!” — „Było nie było”, — „Co tu dużo gadać?!” — odwrócił się na lewy, serdeczny bok i chrapać począł, jak zepsute organy.
Szczygieł wogóle jest stylowy i słyszał pewnie, że ludzie zakochani, mało, wcale, lub źle śpią, gryząc zębami schorzałe serce, bo i miłość jest pewnie przez to większa i bardzo z tem człowiekowi ładnie. Nie był jednak wytrenowany i spał, jak


Strony: