Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

legnąć śmierć, w zegar patrząca… Umarł we mnie śmiech pusty, który oszalał z rozpaczy na widok przepaści, zatruł się żądłem własnem jak w legendzie skorpion, kiedym stanął w środku ognistego wieńca słów, rozpalonych do białości, skąd nie było wyjścia… Umarł i pogrzebion… Umarł we mnie nędzny smęt, nad dolą swoją płaczący… Umarł i pogrzebion. Obułem tedy nogi w sandały i trzeba mi iść na deszcz i słotę, aby, największą głosić wszystkim nowinę, że odnalezionem zostało serce ludzkie w szumie wód i w jęku rodzącej ziemi, w błysku spadającej gwiazdy i w porykiwaniach wichru pod kopułą najświętszego kościoła ziemi: odwiecznego lasu. Odnalezionem zostało i uśmiecha się przez oczy ludzkie tymi uśmiechem, co odegna lęk i zmorę i nieszczęście i złudę i wszystko temu podobne, co rośnie chwastem wśród złocistych, ciężkich kłosów żytnich.
Więc wypatruję zmączonemi oczyma tego źródła wody czystej i leczącej, która młodości mojej młodość powróci, a z drobnych mąk, z różańca skarg, z litanji westchnień, z przędziwa tęsknot, z ognia pragnień, z mgły smutku, wysnuć bym pragnął


Strony: