Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

oknem, albo cisza dźwięczy, albo gdzieś daleko zamierającym u drzwi moich szmerem gada do mnie miasto. A ktoś szeptał i szeptał, choć nie było słychać słów. Szept był radosny i pewnie o czemś mówił radosnem: noc położyła mi miękko ręce swoje na oczy, więc pewnie dlatego, z wdzięczności za pieszczotę, jakiej nie ma równej, popłynęły z nich łzy. Wtedy to w wyznaniu najcichszem, co wszelki grzech przenikliwym szeptem samym zabija, kajałem się przed kimś, co twarz miał zakrytą, może dlatego, aby mnie nie porazić blaskiem oczu; kajał się Ojciec, który za włosy darł i w oczy pluł własnemu dziecku, a ono bezbronne, cichym skowytem łkania, skarżyło się serdecznie. O serce moje, serce!
Jedno mi z owej nocy zostało;’ uśmiech, ten dobry i szczęśliwy, na który wielkiem trzeba zapracować cierpieniem; nie wypracowałem go bólem ,i nie wysłużyłem u męki, lecz w czas się opatrzywszy, znalazłem na samem dnie serca, które już we mnie marło, przerażone owym śmiechem dzikim i strasznym, co miał zagłuszyć rozpacz, wypełnić pustkę, zabić nudę, przerazić świat i ludzi, śmiechem obłędnym, którego .się boi nawet


Strony: