Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

siedmiu. Tak było i byłoby się stało strasznie i byłoby się miało pod koniec starożytnemu światu, gdyby popas tej armji, co szła z łap smoczych uwolnić najczystsza dziewicę, sztukę, nie był wypadł w narożnej knajpie. Wtedy sztandar, który miał serce we krwi, ochrzcili z koniaku i sodowej powiedzieli sonet do narodu. Opadł od krwawego płótna wichr i padł ciężko w proch, jak orzeł po strzale, przeto sztandar Obsiadły wróble, aż się zwinął boleśnie i drżał od wielkiego wstydu…
Czasem, bardzo rzadko, zabłąkał się do tawerny cichutki jęk… Wtedy wszyscy stawiali oczy w słup, a ktoś, bardzo blady, mówił: Ona płacze! — Należało tedy podnieść srogi wrzask i śmiech, aby nie było słychać, jak gdzieś daleko wśród gruzów, na pustkowiu „ona płacze”; i wtedy narodził się śmiech, najdziwniejszy, jaki być może, bo rzucony w oczy ludzkie, pali je, jak kwas siarczany, wepchnięty w usta, dławi, ciśnięty w powietrze, zaraża je, jak mór. To się djabli śmiali, nie ludzie. Śmiech ten łopotał i tłukł się po ciasnym, zadymionym lokalu, jakby całe wojsko nietoperzy.
I wszystko było śmieszne; i niebo i


Strony: