Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

pani Zasielskiej zdarzały się coraz częściej; odpowiednio do tego nie było więc w domu i Szczygła. Zostałem tedy sam, albo jakby sam. Coś tam właśnie smażyłem na literackiej patelni, więc właściwie byłem temu bardzo rad.
Na strychowych szczytach naszych było tak cicho, jak na szczycie lodowca, chyba, że mróz trzeszczał, lub zadzwoniło coś w pustce; z prawej strony, gdzie mieszkał ,,on”, dochodziły długo w noc jakieś szmery; z lewej milczał w śmiertelnej niemocie Szczygieł przy posłaniu Haneczki, gwiazdy zaś w pogodną noc świeciły ponademną blade, jakby zamarłe na piekielnym mrozie. Nikt nie miał przyjść, ja nie miałem pójść do kogo. W takiej samotności człowiekowi się czasem zdaje, że na nic nie jest potrzebny, że się zabłąkał na ten podgwiezdny strych, niewiadomo po co i że gdyby tu zamarzł, nie byłoby w niebie, ani by sobie nikt tem długo głowy zaprzątał. Wtedy się, niewiadomo czemu, pragnie łez i jakiegoś serdecznego żalu. Łza to jest żywe stworzenie, które jest ciepłe, ma w sobie krew i żółć, zna jakieś tajemnice, bo narodzona jest w przepaści, więc się jej woła. To jest ostatnie żywe


Strony: