Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

śmiać…
Boże drogi! Szczygieł był taki szczęśliwy, że się obawiałem przez chwilę, aby tego biedactwa nie zjadł w napadzie kanibalskiej radości; wtedy dał koncert. Do końca życia nie będę już słyszał takiego śmiechu. Tak serdecznie chyba się nikt nie śmiał od początku świata i chyba tylko w bardzo renomowanych szpitalach warjatów możnaby przypadkiem śmiech taki usłyszeć. Mieć twarz ponura, jak otwarty grób i tak się śmiać, śmiać się oczyma, uszyma, głową, nogami i rakami, pewnie też sercem, wątrobą i żołądkiem, to jeden Szczygieł potrafi. Więc znowu nas coś napadło i znowu śmialiśmy się przez jakiś czas, co nas w jednej chwili uczyniło przyjaciółmi, gdyż Haneczka bez najmniejszej ceremonji poczęła po chwili przechodzić z rąk Szczygła do moich i z powrotem, całowana po sto razy. Zdawało się nam, że ktoś do nas przez okno w dachu spadł ze słońca i rozradował nam duszę. Szczygieł zaś, zdaje się, oszalał; całował Haneczkę po oczach, po włoskach, po rękach i wydawał dziwne, grobowe okrzyki, przyjmowane przez nią z niezmiernem zadowoleniem. W rezultacie Haneczka nie chciała zejść już z


Strony: