Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

sześć dni zasypiał. Przyzwyczailiśmy się do tego tak, że kiedy w niedzielę zaczęli rano dzwonić u Karmelitów, mimowoli każdy z nas zaczynał nasłuchiwać. Z ostatniem uderzeniem wielkiego dzwonu, który miał serce pełne i jakby nabrzmiałe miłością dźwięków, podnosił się głos z poza ściany. Słuchaliśmy pilnie, lecz można było czasem, lecz rzadko, schwycić jedno tylko jakieś słowo, wtedy, gdy ten ktoś, tak dziwnie mówiący głos podniósł uroczyście.
— On, zdaje się, jest derwisz! — szepnął raz do mnie Szczygieł.
Dałem mu jednak znak niecierpliwy, aby milczał, chociaż wiedziałem dobrze, że nas z poza ściany nie słychać; rzecz bowiem jest dziwna, lecz było w tym półśpiewie i półzawodzeniu coś niesamowicie uroczystego. Wieczni kpiarze czuliśmy przez skórę, że można Sobie pokpić czasem z wszystkich świętych, bo to i Panu Bogu się podoba, jeśli kto je wesoły, i nam dobrze zrobi, lecz z tego, co tą dziwnym głosem woła, czy modli się, czy pomstuje jakoś nie wypada. Wyglądało to przedewszystkiem na modlitwę, gdyż ten głos uroczysty płynął do nieba czy też do piekła tylko w dnie świąteczne


Strony: