Po mlecznej drodze

Autor: Kornel Makuszyński

ordynarnych pałaców i miał w swojej konfiguracji cudowny rozmach fantazji. Jest rzeczą nieprawdopodobną, aby człowiek, który to zbudował, skończył inaczej, niżeli w zakładzie warjatów, przez co samo już zasługiwał na nasz szacunek, jako człowiek genjalny. Apartament ten szczególny składał się z trzech wspaniałych komnat, z których ani jedna nie była do drugiej podobną. Najobszerniejsza z nich, nazwana „salonem”, była przez to oryginalną, że przez jej środek przechodziła ku dachowi główna odnoga komina tego domu, co sprawiało, że atmosfera naszego salonu miała w sobie miłe ciepło z małą o domieszką gryzącego dymu, który się dobywał ze szczelin wśród cegieł. Okna tej ubikacji były umieszczone w dachu, pokój więc ten został mianowany pracownią Szczygła i moją. Ciągły widok na niebo rozweselał nam duszę i skłaniał ku kontemplacji. Miłą też dla nas była wiadomość, że przechadzający się po lazurowej łące nieba i strzegący baranków chmur święci pańscy spojrzą czasem w dół i wtedy słodkim głosem mówi na ten przykład święty Gaudenty do świętego Selefona: „Czy widzisz, bracie? — ci znowu poszli z


Strony: