Piąte przez dziesiąte

Autor: Kornel Makuszyński

w.Czerwonym Krzyżu, w sali świetnie ogrzanej, bo podczas koncertu tylko dwie panie odmroziły sobie uszy, a jeden oficer obie nogi. Ja byłem przezorny i przyniosłem sobie garnek z węglami, które trzymałem pod krzesłem, Stryjeński wjechał na salę na nartach, w plecaku zaś miał termos z gorącą herbatą, dwie butelki wódki i żonę. Śnieg na sali nie padał, trzeba być sprawiedliwym.
Wychodzi Szymanowski — we fraku. Sprawiało to wrażenie, że człowiek we fraku będzie grał pod biegunem zakutanym w futra Eskimosom, ssącym szpik z reniferowych kości. Chce coś przemówić do publiczności, że nie jest wirtuozem i że będzie grał tylko swoje utwory, lecz z zimna zacina mu się szczęka, zęby szczękają, jak klawisze i koniec zdania zamarzł w powietrzu. Ludzie witają go oklaskami trochę z miłości, , a przedewszystkiem dlatego, żeby się rozgrzać ruchem.
Szymanowski bierze pierwszy akord.,.
Ha! Co to jest? Co ma być? Fortepian się kiwa, , bo ma poprzetrącane w kolanach nogi.
Przyciska nogą pedał. Ha! Co to jest? Co ma być? — Nic! Pedał skrzypi, jak stara baba w tańcu, jak nieboszczyk, którego odwracają na


Strony: