Piąte przez dziesiąte

Autor: Kornel Makuszyński

Ja się nie dziwię. Oszalały, zaczyna orgję; lata, jak szalony tu i tam i szuka Rady gminnej z wyraźnym zamiarem pourywania łbów tej radzie. Czasem wyłamie las, niedużo, czterdzieści, pięćdziesiąt tysięcy drzew, czasem wywróci dom, czasem porwie człowieka. Mnie nie dał rady, (osiemdziesiąt kilogramów i ciężki dowcip), lecz ubiegłego roku porwał mego przyjaciela, zacnego poetę, Lechonia i przez dwa dni go nosił przez powietrze od Trzaski do Karpowicza, tam i z powrotem; kochany ten człowiek dostał od tego czasu takiej manji, że wciąż biega od knajpy do knajpy — nawet w Warszawie.
Straszliwy ten wiatr ma pomysły, godne warjata, starego, rutynowanego warjata. Wiatr zwyczajny wieje krócej, lub dłużej, zwykle w jednym kierunku, zawsze w przeciwnym, niż ten, który zapowiada biuletyn obserwatorjum. Można się do niego zastosować i można sobie dać z nim radę, odwróciwszy się do niego plecami. Nikt jednak nie może przewidzieć, co zrobi, skąd zawieje i z jaką siłą ten halny drapichrust. Pominąwszy już takie niewinne drobiazgi, jak wywracanie chałup, wiatr ten ma metody dręczycielskie. Przez pół godziny naprzykład wali ci


Strony: