Piąte przez dziesiąte

Autor: Kornel Makuszyński

słodyczą w głosie, — ale zdaje mi się, jeśli się nie mylę, że pan zapomniał na podróż wdziać spodnie.,.
Znajomy spojrzał na mnie zgoła dzikim wzrokiem,
— Ha! ha! — syknął, — spodnie? Pilnuj pan swoich, mój panie!
— Ma szczyty zajęte! — pomyślałem ze współczuciem, nie tyle mając na uwadze płuca, ile raczej głowę.
Dziwne, dziwne rzeczy!
Ale to dopiero był początek.
Hucznie, buńczucznie, z brzękiem dzwonków, ze strzelaniem z bata, z ciągłem gubieniem walizki, z papierosem w zębach, ze strachem w duszy, jadę do pensjonatu, którego nazwy, rzecz prosta, nie wymieniam, bo go będę oczerniał, co zresztą już nieraz robiłem. Jest to najmilszy w Zakopanem pensjonat, naturalnie dlatego, że ja w nim zawsze mieszkam, ja i przyjacioły moje. Innej racji do wyróżnienia nie widzę.
Mieszkają tam dobrzy ludzie, a właściciel wydawał mi się zawsze przy zdrowych zmysłach.
Jakiś jednak owej zimy padł na nich urok.
Słyszę, jak żona tego zacnego, człowieka, woła do niego:
— Winkelriedzie! Winkelriedzie!
— Czegóż to żądasz, Lozanno?
— Nie


Strony: