O dwóch takich, co ukradli księżyc

Autor: Kornel Makuszyński

siebie. Pod samotnym dębem znaleźli opadłe żołędzie i poczęli je pożerać łapczywie. Schwytali kilka spokojnie wędrujących ślimaków i połknęli je na surowo. Widać, że duch tych urwipołciów mieszkał w żołądku, bo kiedy się najedli, zaraz nabrali ducha: zapomnieli o wszystkim, przespali się, poszli dalej. Tuż koło dębu szemrał strumyk, nie umyli się jednak, uważając ten zabieg za zbędny.
Szli znowu bez celu, w ciągłej nadziei, że dokądś kiedyś zajdą.
Około południa ujrzeli z radością żywe stworzenie. Na środku łąki stał osioł, wcale się nie poruszając. Rozparł się wygodnie, jedno ucho podniósł w górę, drugie opuścił ku ziemi. Wyglądał jak martwy, od czasu do czasu jednakże kiwnął ogonem, co było niewątpliwym znakiem, że żyje. Chłopcy obejrzeli go ciekawie, gdyż dotąd widzieli takiego zwierza jedynie na obrazku. On wcale nie zwrócił na nich uwagi.
— Dzień dobry panu! — zawołali. Osioł machnął lekceważąco ogonem.
— Co pan tu robi? — zapytał Jacek.
Osioł nie odpowiedział, tylko ucho wzniesione do góry opuścił wdzięcznie na dół, a opuszczone podniósł w


Strony: