O dwóch takich, co ukradli księżyc

Autor: Kornel Makuszyński

upiór wył smutno ponad nimi, zawiódłszy ich przedtem na bagna, gdzie łatwo mogli utonąć. Bolała ich straszna wzgarda mądrego, starego kruka.
Bali się poruszyć, aby nie zbudzić kłębowiska syczących wężów. Leżeli w jakimś wilgotnym wykrocie, przytuleni do siebie i mocno zastrachani. Zasypiali od czasu do czasu z wielkiego zmęczenia, ale spali krótko, snem niespokojnym i gorączkowym. Ile razy sen skleił im oczy, budziły ich po chwili jakieś dzwonienia i jękliwe westchnienia. Wciąż im się zdawało, że gdzieś z wielkiej oddali goni za nimi poprzez mgły tęskny, rozpłakany głos, który już przedtem słyszeli na pustkowiu.
Często wśród tej mokrej, mgłami otulonej nocy coraz to nowe padało na nich przerażenie. Przed samym świtaniem ujrzeli w lepkim, drżącym od zimna mroku nowe widmo, biegnące ku nim olbrzymimi krokami. Potwór ogromny zbliżał się cicho i tylko czasem słychać było bulgotanie wody pod jego nogami. Miał łeb straszliwy, nisko zwieszony ku ziemi, a na nim rogi, szerokie jak łopaty; bódł nimi gęstą mgłę i zbliżał się coraz bardziej. Nagle przystanął i począł wietrzyć chrapami, jakby ich poczuł


Strony: