O dwóch takich, co ukradli księżyc

Autor: Kornel Makuszyński

Czerwone światełka to były oczy potwora, teraz już tak wielkie jak dwa czerwone księżyce. On sam zaczął rosnąć i olbrzymieć. Bura mgła tworzyła jego splątane kudły, głowa, zdawało się, sięga chmur. Kiedy patrzyli zlodowaciali od lęku, rozległo się po bagniskach przeciągłe wycie i potoczyło się aż po najdalsze krańce nocy: wycie bolesne, pełne rozpaczy i grozy. Widmo skierowało na nich swoje przerażające oczy. Wtedy oni krzyknęli z wysiłkiem:
— Ratunku!
Nikt im nie odpowiedział, tylko widmo psa zawyło jeszcze boleśniej, potem się rozwiało we mgle. Zgasły straszne oczy, przebrzmiał przejmujący głos.
Chłopcy dygotali ze strachu i zimna. Jacek pochylił się do ucha Placka i wyszeptał:
— To był duch Łapserdaka!
— I mnie się tak zdaje — szczęknął zębami Placek.
— Jakie to szczęście, że był to pies łagodny za życia — szeptał Jacek. — Ale gdzie my jesteśmy?
— Nie wiem… Musimy wyjść z tego bagna… Chodźmy! Uszli z trudem kilka kroków i nagle zapadli w jakąś czeluść.
— Ssssss!… sssss!… — usłyszeli ciche, jadowite syczenie.


Strony: