O dwóch takich, co ukradli księżyc

Autor: Kornel Makuszyński

palcami za suknie, giętkie leszczyny smagały ich dotkliwie. Poza sobą słyszeli długo przeraźliwy głos kruka, biegnący za nimi jak grzmot. Myśleli też, że za nimi wali szumiąca burza, a to dąb wspaniały i z sercem wzniosłym, usłyszawszy o ich sprawach, rozszumiał się w wielkim gniewie i musiał załamać ze zgrozy potężne ramiona konarów, tak że aż trzeszczały.
Zziajani, głodni i przerażeni biegli długo, nie przemówiwszy do siebie ani słowa. Pędzili bezdrożem”, okolica bowiem była pusta i bezludna. Za nimi biegł strach niewidzialny i niesłyszalny, ale czasem czuli zimne na plecach mrowie, jakby lodowaty jego oddech. Czupryny mieli zlepione mokrością potu, suchość w gardłach i ognie w żołądkach. Biegli już resztkami sił, a to było najgorsze, że biegli bez tchu, byle przed siebie, byle jak najdalej.
Tymczasem zapadała noc. Niebo pobladło, jakby z rozpaczy, że za kilka chwil nie ujrzy już słońca. Mrok, przez dzień śpiący w komyszach jak dzikie zwierzę, budził się już ze snu, przeciągał leniwie i wypełzał powoli ze swoich ciemnych kryjówek. Zerwał się wiatr i jak tropiący po śladach pies, biegał tam i


Strony: