O dwóch takich, co ukradli księżyc

Autor: Kornel Makuszyński

wypukłe, przerażone i pełne niepokoju. Baran ten, szczęśliwy dotąd, teraz tak czasem beknął żałośnie bez powodu, że się ludziom serce krajało. Widać, że mu obrzydło życie, więc się czasem rozpędzał i głową uderzał w ścianę domu, jakby się sam tego miłego życia chciał pozbawić.
Najsmutniejszym jednak stał się los psa Łapserdaka. Jacek i Placek najbardziej na niego się zawzięli i ciężkim czynili jego psie życie. Wrzucali go do studni albo przywiązywali mu do ogona, co się tylko dało. Straszyli go w nocy, budzili go we dnie; czasem rzucali przed niego tłustą kość, uwiązaną na sznurku; kiedy się do niej zbliżył, kość uciekała jak żywa, co przyprawiało biedne psisko o ogłupiałe zdumienie. Toteż cichy ten dotąd pies wył wciąż smutno, jak gdyby błagał kogoś o sprawiedliwość. Nie miał zębów, więc nie mógł nauczyć tych strasznych chłopców szacunku dla uczciwego psa, gdyby jednak nawet miał zęby, toby je sobie połamał na ich łydkach. Byli oni chudzi i tak wyglądali, jakby ciała ich składały się z samych żył. Głowy mieli tak twarde jak kokosowe orzechy, czasem bowiem jeden lub drugi zlatywał z


Strony: