Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

Przyjdziesz do mnie powiedzieć, że poszaleli, albo też, że miasto wymarło. Precz!
Powolnym krokiem odszedł król Azis, z głowa, pochylona na piersi, a wszedłszy do komnat rozkazał, żeby się nikt nie ośmielił przerywać samotności króla, cokolwiekby się działo na ziemi, na morzu i na niebie. I rozkazał także: jeśli przyjdzie dowódca za dni niewiele, aby go wpuszczono we dnie, czy w nocy, a raczej w nocy, niż we dnie.
Nad marmurowym pałacem króla Azisa zawisła cisza, jak wielki ptak nocny, mądremi świecący oczyma, na bezszelestnych skrzydłach się ważący.
Nikt nie zagrał na harfie ani na lutni, nikt głośno nie ważył się powiedzieć słowa, nasłuchując tylko w utrapieniu, czy nie zawoła król Azis, w dłonie klasnąwszy, albo laska z hebanu uderzywszy zlekka w złoty dzwon w jego wiszący komnatach. Wszyscy w pałacu mieli pomarszczone czoła, a oczy ich patrzyły niepewnie, szpiegują się wzajem, czy nie dostrzegą w sobie wzajemnie cicho pełznącego węża zdrady. Chodzili tak błędnie i cicho, jak zwykli chodzić ludzie, mając; w domu trupa.
Stało się tego dnia, że niebaczny niewolik upadł na miecz i


Strony: