Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

zwalił się sztywno w dziesiątki szeroko rozwartych ramion, jak na śmiertelne nosze; owinęły go w tejże chwili łagodnie i objęły miłośnie, jak piastunka chore obejmuje dziecko i tłum poniósł go ku miastu, wśród niezmiernej, dziwnie złej i dziwnie drgającej ciszy. Tylko morze zawyło głośniej i wydało z siebie ryk potworny, jak dziki zwierz pustynny, w którego dyszącej gardzieli utkwi znienacka wyrzucona, jadowita strzała łucznika, i jak potem wspaniały zwierz, drgnąwszy kilkakroć, wali się bezsilny, tak samo morze, (błogosławione po trzykroć i siedmkroć razy!) zdjęte dreszczem, nagle jakby zapadło w siebie i ucichło, plącząc gdzieś w głębi, gdzieś we wnętrzu wieczyście oddychającej piersi, lecz spokojne na twarzy, jak człowiek spokojny zgryzotą, na którą niemasz już rady. Zdawało się, że śpi, ukrywszy w bezdennym grobie ptactwo białych łodzi.
Westchnęła wtedy noc głęboka i tak spokojna, jak ów przybysz z poza gór, co czarnym zawsze okryty płaszczem w nadbrzeżnem mieście filozofji nauczał, a miał głos cichy i słodki, ile razy mówił o śmierci; noc niema, a przecież śpiewająca nieznanemi głosy;


Strony: