Król Azis
Autor: Kornel Makuszyński
powrócić, o, ludzie nie mający ani rak, ani skrzydeł.
— Górze! górze! — płakał tłum, głośniej wołając śmiertelną skargą niźli burza, która, przepłynąwszy nad ich głowami, ostatnie poza siebie wtył ciskała pioruny.
Ślepy człowiek wołał:
— Zapytają jutro wasi bracia na stu wyspach: czemu nie przychodzą do nas ludzie z białego miasta? I będą czekali do wieczora.
Wyjdą w nocy na brzeg i będą czekali cło rana. Potem płakać będą, mniemając, że was pochłonęło morze, rzuciwszy na was burze.
I będą czekali wiele dni i wiele nocy, mniemając, że przypłyną inni; a kiedy nic ujrzą białego żagla, zaczną was przeklinać i nienawidzieć was. A potem ich ogarnie niezmierny lęk, kiedy ujrzą, że są sami i szaleństwo ich chwyci. Oo! Oo!
— Niech przyjdzie śmierć! — zawył tłum.
— Nie przyjdzie! I to wam powiem: za wami są skały, a przed wami morze, ojciec wasz i matka, i pole, i źródło. Nadejść musi czas, że w szaleństwie głodu czerwona skała zostanie wam na pokarm... Gorze!... Niech się zlituje nad nami śmierć!
— Śmierci! śmierci! — błagał tłum.
Strony:
— Górze! górze! — płakał tłum, głośniej wołając śmiertelną skargą niźli burza, która, przepłynąwszy nad ich głowami, ostatnie poza siebie wtył ciskała pioruny.
Ślepy człowiek wołał:
— Zapytają jutro wasi bracia na stu wyspach: czemu nie przychodzą do nas ludzie z białego miasta? I będą czekali do wieczora.
Wyjdą w nocy na brzeg i będą czekali cło rana. Potem płakać będą, mniemając, że was pochłonęło morze, rzuciwszy na was burze.
I będą czekali wiele dni i wiele nocy, mniemając, że przypłyną inni; a kiedy nic ujrzą białego żagla, zaczną was przeklinać i nienawidzieć was. A potem ich ogarnie niezmierny lęk, kiedy ujrzą, że są sami i szaleństwo ich chwyci. Oo! Oo!
— Niech przyjdzie śmierć! — zawył tłum.
— Nie przyjdzie! I to wam powiem: za wami są skały, a przed wami morze, ojciec wasz i matka, i pole, i źródło. Nadejść musi czas, że w szaleństwie głodu czerwona skała zostanie wam na pokarm... Gorze!... Niech się zlituje nad nami śmierć!
— Śmierci! śmierci! — błagał tłum.
Strony:
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 11
- 12
- 13
- 14
- 15
- 16
- 17
- 18
- 19
- 20
- 21
- 22
- 23
- 24
- 25
- 26
- 27
- 28
- 29
- 30
- 31
- 32
- 33
- 34
- 35
- 36
- 37
- 38
- 39
- 40
- 41
- 42
- 43
- 44
- 45
- 46
- 47
- 48
- 49
- 50
- 51
- 52
- 53
- 54
- 55
- 56
- 57
- 58
- 59
- 60
- 61
- 62
- 63
- 64
- 65
- 66
- 67
- 68
- 69
- 70
- 71
- 72
- 73
- 74
- 75
- 76
- 77
- 78
- 79
- 80
- 81
- 82
- 83
- 84
- 85
- 86
- 87
- 88
- 89
- 90
- 91
- 92
- 93
- 94
- 95
- 96
- 97
- 98
- 99
- 100
- 101
- 102
- 103
- 104
- 105
- 106
- 107
- 108
- 109
- 110
- 111
- 112
- 113
- 114
- 115
- 116
- 117
- 118
- 119
- 120
- 121
- 122
- 123
- 124
- 125
- 126
- 127
- 128
- 129
- 130
- 131
- 132
- 133
- 134
- 135
- 136
- 137
- 138
- 139
- 140