Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

pustyni woda ze źródła ucieka nagle we wnętrze ziemi. Gdyby w tę nieszczęsną gromadę ludzką weszła teraz śmierć z łukiem swoim straszliwym w dłoni i poczęła szyć w nich strzałami, od których pada wszelki żyjący, które kruszą marmur i jadem zarażają dąb, że usycha, jak nędzne ludzkie ramię, nie byłby drgnął żaden z nieszczęśliwych, cóż może bowiem napełnić trwoga niemą rozpacz, mocniejsza od śmierci? Gorze! Gorze!
Warknął bliżej już grzmot, potem rykiem donośnym napełnił cały świat, a echo dudnić poczęło na czarnym sklepionym potężnie moście chmur, rzuconym nad morską otchłanią; zdawało się, że dziki, od lwa i pantery sroższy wódz, pędzi na ciężkim, czarnym koniu, rozbłyśnięty w tysiąc pierzastych płomieni, grom mając na szyszaku; porwał się z pod kopyt czarnego rumaka obłąkany wichr i padł znienacka i wściekle na las cyprysów i za włosy drzeć je począł i targać, aby się ugięły lub zeszły z drogi burzy, płynącej dostojnie i groźnie jak król na wielkiej galerze. Morze, jęknąwszy jak człowiek, wycięło się nagle i zapadło, tysiąc otwierając przepaści i jakby wyć poczęło z


Strony: