Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

ponad morzem i ucichł, jakby zamilkłszy z gniewu. Parność, ciężka jak rozpacz, opadła powoli i straszna cisza, zły i milczący poseł burzy, szła jak zły olbrzym, który, stąpając cicho i bez szelestu, nakrywa potwornie wielka, kosmatą łapą wszystko, co głośniej oddycha. Nagła błyskawica otwarła się na ponurem niebie jak krwawa rana albo też jak straszliwe, krwią nabiegle oczy, w niezmiernie szybkiem, złem i wściekłem spojrzeniu patrzące, czy wszystko już na ziemi upadło na kolana z trwogi przed burza, która piorunem zabije każdego, kto się nie pochylił, lecz prosto stanął, jak kolumna.
Tłum na wybrzeżu stał w śmiertelnem zdumieniu, zastygły już w rozpaczy, umęczony nagłem, potwornem cierpieniem; zdawało się, że noc burym płaszczem burzy idącej nakryta, zblednie od bladości ludzkich twarzy, podobnych pośmiertnym maskom z białego wosku, które lepi za srebrną sztukę monety dozorca trupów; gdyby mógł ukazać teraz w woskowem odbiciu serca tych łudzi, wpatrzonych w hulające morze oczyma ze szkła, ujrzałby każdy swoje serce trupio blade, bez kropli krwi, która zbiegła gdzieś w głąb najtajniejsza, jak nieraz na


Strony: