Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

łodzie, czarną przykryte płachtą, jak wielkie trumny.
Niezmierny pożar objął je wszystkie olbrzymiem koliskicm, a straszliwy płomień, dojrzawszy przy swojem krwawem świetle żagiel nietknięty i biały, jakby blady z trwogi, rzucał się jak żbik, skacząc przez morską przepaść i wyszczerzonemi zębami darł tułów łodzi, rwał na strzępy żagiel, piał się po maszcie, gwiżdżąc i sycząc, radując się wśród piekielnego śmiechu.
Zawyło morze, jak ów olbrzym, któremu rozpaloną belkę zatopiono w sennem oku, potem, jakby dojrzawszy zagładę nieuchronną swego ptactwa, co spało w przystani, jęknęło przeciągłym, przejmującym, strasznym szlochem i łkać poczęło płaczem głośnym wspaniałego męża, co płacze po raz pierwszy w życiu, łez się nie zawstydziwszy.
Oszalałe z trwogi mewy krzyczeć poczęły przeraźliwie, pędząc biciem skrzydeł dym czarny i ciężki, co się w oddali kładł na morze. Zanim minęła godzina, rojna niedawno przystań podobną się stała świeżo zaoranej niwie, pod której żywemi skibami legła jak w grobie duma. nadmorskiego miasta, orle jego skrzydła i ramię jego tęsknoty.

Strony: