Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

uciszyła wszystkie wiatry i wszystkie powiewy, z oddalonych lecące brzegów, więc się białe, pyszne miasto męczyło, jak człowiek, który zapadł w gorączkowy sen i sennym, omdlałym ruchem rąk stara się zmorę, gniotącą mu piersi, stracić i zdławić. Ogrody dyszały ciężką, zabijającą wonią róż, omdlały bluszcze, zwisłszy bezwładnie, cyprysy stały bez szmeru.
Król Azis spojrzał z nienawistna pogardą na śpiące miasto, które omdlało na morskim brzegu, jak spragniony wędrowiec, co padł bezsilny i strawiony pragnieniem, zanim zdołał ręce wyciągnąć ku fali. Brwi ściągnął wspaniały król Azis i począł schodzić przez marmurowe, szerokie schody ku ogrodom, które zalała noc, tak, że tylko wierzchy najwyższych cyprysów odcinały się ledwie widocznym zarysem na granatowem tle nieba, wydobywszy się z nocnej toni, co wszystko poniżej zatopiła, jak powódź. Znużona całodziennym wrzaskiem cisza spała w gąszczu; spłoszony ptak niechętnie, ciężko w ciemności bijąc skrzydłami, przeleciał tuż przed twarzą królewska.
Nagle, od strony, gdzie stały fontanny, ozwał się chrapliwy, zduszony, na poły senny


Strony: