Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

królewna, jakby jej oczy z szafirów przeraziło widmo.
Na pomoc, o słońce!
Oto mrok, co się przyczaił u podstawy okna, wylągł z stęchlizny swojej olbrzymiego smoka, który czarnym bijąc ogonem począł pełzać, drąc gładkie szkło zakrzywionym pazurem kosmatych łap; dwa wspaniałe rubiny, ukradzione z królewskiego skarbca, wtłoczył sobie w potworny łeb, paszczę szeroko rozwarł i buchnął z niej płomieniem. Zbladła, śmiertelnie królewna i zastygła w przerażeniu, wiotkie i białe ręce cisnąc do piersi.
Na pomoc, o słońce! słońce!
Zadrżało złociste słońce w pysznym gniewie jak król, co brwi zmarszczył, bowiem ktoś jego niezłomnej woli śmiał uczynić wbrew; więc rozkazało wnet błyskawicą oczu, aby stał się cud. Oto się dzieją dziwy. Na sine, mrokiem zasnute szyby rzuciła się nagle tęcza jak droga, a za chwilę krótka jak błyskawica, zadudniły na niej złote kopyta rycerskiego konia.
Dziwo! dziwo!
Na rozhukanym, białym jak mleko, rycerskim ogierze, strojnym w brylantowy rząd, pędzi z przestworza ze słonecznej dali rycerz tak cudny, jak książę z bajki i tak wspaniały, jak bóg,


Strony: