Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

Łanim je wypije słońce, ludzkiemi łzami się sycące, aby blask w niem trwał wiekuiście.
Gorze! Gorze!
Król Azis wzdrygnął się, zrozumiawszy, że go dotknęło nieszczęście ostatnie, bowiem mu łez zabrakło: zrozumiał, że jest jak najgorszy z nędzarzy i jak człowiek trędowaty, którego wszystko odbiegło, bogdaj nieszczęśliwszy, niźli ginący w podmiejskim rowie, trądem okryty, albowiem trąd nie pokrywa źrenic. Jak długo człowiek potrafi płakać i wie, że na dnie sakwy zostały mu jeszcze dwie łzy, jak duże perły — nie jest sam, jest bowiem z nim zawsze ten, który nad nim zapłacze; wtedy dusza bolesna, jakby na dwie dzieli się połowy, a jedna z nich płacze, aby mogła ujrzeć druga, że żyje jeszcze w tęczy łez, i nie umrze samotna. Górze! Górze!
Król Azis głowę przed się wyciągnął i zdawało się, że chce zbliżyć źrenice do płomienistego żądła lampy, aby wypaliwszy mu oczy, wycisnęło z nich chociaż łzy bólu, zabarwione krwią. Wzrok króla był straszny. W szkliwie czarnych królewskich oczu zanosił się, potworny swa niemota, przeraźliwy krzyk; jakby ktoś wołał z głębiny czarnej


Strony: