Król Azis

Autor: Kornel Makuszyński

Niezmiernie był znużony król Azis, kiedy się o północy zwlókł z łoża, usnąć nie mogąc.
Nie wiedział, czy to niepokój gorącej, żarem drgającej nocy krew w nim burzy, czy też wspomnienie zabawy przedwieczornej sen z oczu mu spędza. Kiedy słońce stanęło nad cyprysowym gajem, którego szczyty znaczyły kres dnia, wtedy odetchnęła ziemia, jakby się z jej piersi stoczyła ciężka słoneczna kula i wtedy wszystko ogarnęła dobra, łaskawa cisza, niepokój kojąca. W takiej chwili nie uczyni krzywdy jedno stworzenie drugiemu, a zbrodniarz ukryje lękliwie w zanadrzu nóż, którego dobędzie nocą. A oto król Azis, ujrzawszy w taką smutną, przedziwnie cichą chwilę dumne łabędzie, płynące jak białe łodzie po sadzawce, ujętej w marmurowe kolisko, zapragnął usłyszeć śpiew konających ptaków. Kazał przynieść łuk, strzałę, zdobną w tęczę piór, na cięciwie położył i czekał, aż się ptaki wspaniałe piersią zwrócą ku niemu. Siedm łabędzi płynęło do jego stóp. Nagle się rzucił ten, który płynął pierwszy, wyciągnął szyję, uderzył obciętemi skrzydłami o wodę i bluznął krwią. Król Azis na łuku się


Strony: