Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

wbite we mnie ukradkiem, ukrył się bowiem w ścisku wśród nadobnie i kolorowo odzianych dziecisków. Ja tu — jego oczy za mną, ja ówdzie — jego oczy za raną.
Myślę sobie:
— Nie wierzy mi, oczajdusza! Przeczuwa jakąś podrywkę... Czekaj, kreaturo!
Ten i ów otrzymał już swoje narty i gęby się rozanieliły. Tylko ten pędrak ma twarzyczkę aż pociemniałą. Gotuje się w nim diabelski ogień. Już nie mogę wydzierżyć. bo mi spojrzeniem wypali dziurę w ubraniu, więc chwytani parę nart i ku powszechnemu zdumieniu wołam:
— Józek Taki i owaki!
On na chwilę zamienił się w jodłowy pień, potem skoczył jak tygrysiątko. Chwycił jasne deski i przycisnął je do drobniutkich piersi, w których aż coś załkało. Spojrzał na mnie... och, jak ten opryszek spojrzał... Że i we mnie coś załkało. Objął swoje mizerne, drewniane szczęście i — śpiewał oczami. Chciał mi coś powiedzieć, aż mu usta drżały, tak chciał coś powiedzieć, ale nie śmiał — więc zawrócił na pięcie i w nogi.
— Poczekaj, będzie fotografia! — wołam za nim.
— Odbierom! — zakrzyknął mi i śmignął


Strony: