Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

Trzeba było często zakrywać powiekami oczy, aby nie widzieć zawiedzionej rozpaczy tych biedaków, dla których już nie stało dwóch marnych desek, a musiało się to widzieć, bośmy je rozdawali „uroczyście”, niemal „ze śpiewami i tańcami” i wspólną fotografią. Gdyby oschły i skąpy człowiek ujrzał strwożone oczy dziecka, czekającego z drżeniem bolesnym serduszka, czy zostanie wezwane do rejentalnego objęcia na własność dwóch jesionowych desek, nawet on by się rozrzewnił i sięgnął suchą ręką do pończochy po kilka złotych.
Działo się to przed kilku laty. Właśnie nazajutrz miała się odbyć hojna uroczystość rozdawania nart.
O siódmej rano, więc jeszcze o zmroku, ktoś natarczywie łomoce do moich drzwi. Pewnie niezmiernie ważna , depesza: „Pijemy pańskie zdrowie!” — lub coś w tym rodzaju, pijący bowiem wysyłają depesze zawsze w nocy.
To nie depesza. Pod drzwiami tkwi mały pędrak, śliczny chłopczyna, z oczyma jak gorejące węgle. Brzdąc jest ośnieżony, bo wali gęsty śnieg. Odarte to, sine od zimna i niemal bose. Dość niechętnie rozmawia człowiek, zbudzony o siódmej rano z zimowych


Strony: