Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

ogromną skrzynią, która huczała, dudniła, gwizdała, wydawała ryki, śmiała się diabelskim śmiechem i której wciąż burczało w brzuchu. Pot ściekał po głowie człowieka, który walczył z tym harkoczącym bykiem. Musiał to być specjalista, obdarzony lwim głosem, który się darł jak opętany, a czasem tłukł ręką w drewniane pudło, aby wypuściło z siebie wielkie słowo. Urząd ten w najbardziej narodowej redakcji pełnił Żyd, bo katolik byłby na nic do takiego interesu, a to z tego powodu, że u drugiego końca sznurka, we Wiedniu, też wisiał Żyd. Razem musieli się jakoś dogadać wiedeńsko—galicyjskim językiem. Zresztą, kiedy ten we Lwowie pytał: „Koło Polskie co jest, co?” — tamten we Wiedniu odpowiadał: „Nu!” — i obaj wiedzieli, co wiedzieli. Katolik byłby gadał przez dwie godziny i niczego by się nie dowiedział.
Głównym współpracownikiem w dawnej redakcji była fantazja. Musieliśmy zrobić na miejscu „własną korespondencję” z Chin, z Tybetu i z wysp Salomona. Czasem ludzie płakali, kiedy korespondent był rzewny, czasem chwytała ich groza, kiedy łajdak uśmiercał głodową śmiercią dziesięć


Strony: