Kartki z kalendarza

Autor: Kornel Makuszyński

jednak kazałem skakać pod niebo, aby je nazajutrz stracić w piekielne czeluście.
Nowy Jork zadrżał. Giełda londyńska przykładała sobie lód do głowy. Berlin przecierał oczy, a Paryż mdlał ze zdumienia i rozpaczy. Najśmieszniejsze zaś było to, że nikt tego nie zauważył loco Lwów. Tacy tam mieszkali bogaci ludzie i tyle posiadali akcji! Dopiero jakiś ciekawy czarny giełdziarz — oby mu broda wyliniała — narobił rejwachu i redaktor cisnął we mnie ogromnym kałamarzem. Tego samego dnia odebrano mi „giełdę”. Dział ten stał się z powrotem nudny i nieciekawy; akcje ledwie się ruszały jak ślimaki, podczas gdy „moje” akcje szalały, tańczyły jak pchły. Nikt szkody nie poniósł, a polityce ekonomicznej ukazałem nowe, jasne horyzonty, nauczyłem ją fantazji i tańczenia mazura. Dzisiaj już nikt tego nie potrafi! Do redakcji przynoszą giełdową cedułę, dokładną i nieomylną, szarą i nudną.
Z tego widać, jak wspaniałe i szerokie były nasze zamiłowania, chociaż i w owych czasach był w redakcji jeden specjalista, niezastąpiony fachowiec: ten, co odbierał telefon z Wiednia. Nie było to takie łatwe. Telefon był


Strony: